31 października 2014

Fot. Edie Layland
http://www.laylandmasuda.com/
Różni nas wiele, czasami nawet wszystko, żeby łączyło jedno: każdy ma bliskich. Każdy nosi w sobie strach o tych, których kocha, czasami schowany głęboko, a czasami podchodzący do samego gardła, chociaż nie da się go wypluć ani zwymiotować. Każdy jest dla kogoś całym dniem od rana do wieczora, jest czyimś całym światem, nawet na odległość.

Bliscy, a przede wszystkim najbliżsi, są kalendarzem. Dzięki nim i sposobie patrzenia na nich wiemy, na jakim etapie życia jesteśmy. Moja pierwsza kalendarzowa kartka to ta wyrwana bardzo dawno, ale zachowana we wspomnieniach od kiedy zaczęłam pamiętać. Rodzice byli wtedy niezbędni do bytu mojej kilkuletniej osoby. Gdy nie karmili i nie nosili na rękach, znosili drobne dziewczyńskie wybryki (nigdy ich nie okłamywałam, jedynie "oszukiwałam" albo "żartowałam") albo cierpliwie wysłuchiwali czytaną przeze mnie z dumą książkę. Dotyki były częste. Jeśli nie spontaniczne, to podyktowane koniecznością pomocy poradzenia sobie w ówczesnym świecie,
w którym wyższa drabinka na podwórku równała się wejściu na K2.

Kolejna kartka zapisana już była własnoręcznym pismem pilnej uczennicy. Bliscy byli po to, żeby powoli wyprowadzać ze świata beztroskiej zabawy i zastępować go nie mniej ciekawą kopalnią wiedzy do zdobycia, powtarzając do znudzenia, że "najpierw obowiązki, a potem przyjemności". (Do dzisiaj nie potrafię spokojnie usiąść na kanapie, dopóki nie wykreślę wszystkich pozycji z listy rzeczy do zrobienia.) Zaczęli też wymagać. Zrobienia czegoś po sobie albo przy sobie, ale już tak "na poważnie". Pojawiły się pierwsze ograniczenia. Wracałam do domu o tej, czy o tamtej, chociaż inni grali jeszcze w gumę albo bawili się w podchody. Za młoda na bunt, ku któremu nie było jednak realnych przesłanek, a za stara na wierzganie nogami, byłam chłonącą
i nieprotestującą córką. To, że bliscy byli, było wtedy takie...właściwe i naturalne. Byli dlatego, że po prostu nie mogło być inaczej.

Rodzice, ale również inni bliscy, razem ze swoim bagażem doświadczenia i życiowej mądrości przeszkadzają chyba najbardziej w świecie nastoletnim, przy czym ich "przeszkadzanie" różni się między domami odcieniem intensywności. U mnie manifestowanie mojej kilkunastoletniej, a więc w zasadzie bardzo już dorosłej, niezależności przebiegało blado i łagodnie. Z naciskiem na przebywanie w samotności, nawet podczas wspólnych spacerów, gdzie wybiegałam wprzód nie tylko myślami, ale i nogami, byle dalej od wyglądu małego dziecka uwiązanego na łańcuchu rodzicielskiego spojrzenia. Z typowym sporadycznym, ale wirującym obrazkiem pierwszych alkoholowych upodleń i paleniem pierwszych papierosów, których zapach wchodził najlepiej 
w puchową zimową kurtkę, zamykaną później z tego powodu głęboko w czeluściach szafy. Z największym szaleństwem i wyrazem buntu, na jaki było mnie stać, czyli trzema dziurkami obok siebie w lewym uchu.
A wszystko to oprawione w ramki kolejnych dobrych świadectw i zamknięte za drzwiami renomowanego warszawskiego liceum. Niewiele powodów do przyprawienia bliskich o palpitacje serca. Dla mnie jednak wystarczająco dużo, żeby z powodu samego faktu posiadania -nastu lat oddalić się trochę, choć w granicach tolerancji, od rodzinnych spraw. Rodzice byli więc wtedy po to, żeby trochę wadzić, chociaż zawsze na wyciągnięcie ręki i z sercem na dłoni, gdy ich potrzebowałam.

Kartka z kalendarza zatytułowana "Początek dorosłego partnerstwa" pojawiła się chyba przy okazji studiów i była długa na cały ich okres, a w zasadzie - do momentu wyprowadzenia się z domu. Ten kilkuletni czas upłynął pod znakiem kształtowania się dorosłej więzi nie z powodu przekroczenia magicznej 18-tki, a dlatego, że poczułam na plecach oddech realnego dorosłego życia z wszystkimi jego urokami i brzydotami. Pierwsza praca, nowe znajomości, sercowe wzloty i upadki, otwieranie oczu na niedostrzegane wcześniej sprawy i wydłużenie swoją osobą kolejek w urzędach. Wszystko po to, żeby lepiej widzieć i rozumieć. Siebie i najbliższych - rodziców, brata, którego zostałam w tym okresie fanką oraz dalszych bliskich. Bliscy byli po to, żeby nauczyć, że to oni zawsze będą jedynym i cudownie niezmiennym punktem w moim życiu. Po przyswojeniu tej cennej lekcji, od kilku lat przeżytych już na własną rękę żyje mi się lepiej i spokojniej. I mimo że od pewnego czasu relacja z bliskimi stała się w kategoriach czysto fizycznych związkiem na odległość, jest jeszcze silniejsza.

Bliscy są ostoją. Nie ma złej pory na zapukanie do nich, nie trzeba pamiętać o żadnej zmianie czasu. Wystarczy przyjść i zawsze są, żeby już w drzwiach poczuć się wystarczająco ciepło i bezpiecznie, a i tak otrzymać jeszcze kubek gorącego wsparcia. Żeby w zaciszu tego rodzinnego azylu poużalać się, poprzeklinać albo pośmiać
z zewnętrznego świata, czasami bez powodu niezrozumiałego, choć mógłby być tak prosty. 

Bliscy są mistrzami obiektywnego subiektywizmu. Zawsze jest się dla nich najlepszym, już od pierwszych lat życia, gdzie niby to nie ma przecież znaczenia, ale jednak zaczynasz czytać tych kilka czy kilkanaście miesięcy wcześniej niż twoi równieśnicy. Później jest tego coraz więcej. Pięknie mówisz, ładnie piszesz i nawet jeśli zamiast czwórki wrzucisz dwójkę, to i tak jesteś dobrym kierowcą, w przeciwieństwie do tej "baby za kierownicą", której samochód stanął na środku drogi, kto jej w ogóle dał prawo jazdy??? W kwestiach rodzinnego subiektywizmu panuje na świecie pełne równouprawnienie - każdy jest dla kogoś naj.

Bliscy są najczęstszym powodem do przewartościowania. Zazwyczaj mądry albo mądrzejszy jest dopiero ten, kogo dotykają w najbliższym otoczeniu brzydkie i trudne rzeczy, o których normalnie nie chce się mówić ani nawet myśleć. Bo przewlekła choroba, rakowe historie, a w ekstremalnej postaci odejście kogoś najbliższego to nie jest dobry temat nad dużą latte na mieście. Bo co można wtedy powiedzieć? Wszystko albo nic, i tak będzie wszystko jedno. Bo nawet jeśli twój znajomy albo przyjaciel jest najbardziej wyrozumiałym, oddanym i empatycznym swtorzeniem w całej kawiarni, nie poczuje tak, jak czujesz ty, o ile sam nie zna z autopsji świdrującego lęku
i przeszywającego strachu, zapijanego własnymi histerycznymi łzami, tak bardzo bezradnymi. A przecież tego nikomu się nie życzy. I to właśnie dlatego właśnie w twojej głowie, a nie czyjejś innej, dochodzi do diametralnej zmiany skali wartości. Zaczynasz mieć gdzieś to, co mówią inni, pozytywny wynik badania bliskiej ci osoby jest dla ciebie cenniejszy niż sześć szóstek w Totka, a głupi słoneczny dzień wystarczającym powodem do tego, żeby to był kolejny dobry dzień. Przeżyty z uśmiechem na ustach i pomiędzy łapaniem jednej chwili a następnej. I tylko czasami widzisz lekko speszone albo zdezorientowane spojrzenia znajomych przed trzydziestką, gdy zamiast dobrego życia na melanżu życzysz im w dniu urodzin w pierwszej kolejności zdrowia, tak, jak życzą sobie twoja babcia z dziadkiem, jeśli jeszcze żyją. Przewartościowanie sprawia, że żyje się bardziej, niezależnie od wieku.

Bliscy są miłością. Nawet, jeśli czasami potrafią wyprowadzić z równowagi, doprowadzając do jednego wypowiedzianego słowa za dużo. Ty i tak kochasz, oni i tak kochają. W miłości słowa też są ważne, ale nie najważniejsze. Dlatego ten punkt nie wymaga dłuższego komentarza.

Cieszmy się sobą i swoimi bliskimi, tak najprościej i najbardziej codziennie. 


29 października 2014


"Przysięgam, że myśleć za dużo to choroba, prawdziwa i rzeczywista choroba".
F.Dostojewski, Notatki z podziemia.

***

Pewnie, że łatwiej poszłoby z tym, o czym kobiety NIE myślą. Na piątkę odpowiedziałaby wtedy świecąca po oczach biel niezapełnionego literami wpisu. Albo i nie. Bo przecież wskazywałoby to na pustkę, a nawet ta nie wymyka się spod czujnej kontroli naszych estrogenowo-progesteronowych myśli. Ba! Idąc o krok dalej, pustka jest doskonałą podwaliną do budowy skomplikowanej piramidy mentalnych pytań i mniej lub bardziej udolnego systemu odpowiedzi na nie. Może dobrze, że nie wybieram się w tym wpisie na łatwiznę?

Zanim jednak o tym, co nas tak bardzo pochłania, zacznijmy może od tego, że kobiece myśli najzwyczajniej nie śpią. Przez kilka godzin w ciągu doby znajdują się jedynie na standby'u, ale i wtedy potrafią odbijać się 
w naszych głowach echem na tyle silnym, żeby przekształcić się w sny, które ciężko przy porannej kawie odcedzić od rzeczywistości.

Jakby na to nie patrzeć, spoglądając przy tym jednak prawdzie w oczy, kobiety myślą po prostu o wszystkim 
i praktycznie bez przerwy. Swoją osobistą zazdrość wysyłam w tej chwili poleconym do męskiego rodu, który posiadł godną podziwu umiejętność niewytężania myśli wtedy, gdy nie ma takiej potrzeby (a przynajmniej - chęci), przez co jego przedstawiciele mogą sobie na przykład najzwyczajniej i zupełnie bezmyślnie poleżeć na kanapie, co dla dużej części kobiet jest - nomen omen - nie do pomyślenia. Na tym poprzestanę, bo to, czego możemy zazdrościć mężczyznom to przestrzeń do szerszej eksploatacji osobnego wpisu.

Ale wróćmy do meritum. O czym, oprócz tego, że o wszystkim, tak namiętnie myślą kobiety? (kolejność myśli przypadkowa)

1. LUSTRO

Puste, czy napompowane, tak zwane "lale" nie mają monopolu na lustrzane rytuały. Jako kobiety lubimy dobrze wyglądać i chcemy się podobać. Sobie i innym. Nawet jeśli jest w tym cień próżności, nie kładzie się ona cieniem na pozytywnym wymiarze dłuższego porannego spoglądania w lustro albo pośpiesznego łapania swojego spojrzenia w mijanej witrynie. Jeśli dzięki temu, że nasze włosy będą lub nie będą rozwiane, a usta równomiernie czerwone czujemy się lepiej i pewniej same ze sobą (albo po prostu właściwie i odpowiednio), wkładam szpilki
i wzbijam się na wyżyny bycia na "tak". I tylko kobieta wie, że kosmetyczka jest jak z gumy - przyjmie każdą ilość czasu, wysiłku i towarzyszących im myśli, żeby osiągnąć zamierzony efekt wizerunkowy.

2. FACECI I ZWIĄZKI

Wspominałam w jednym z wcześniejszych wpisów o tym, że kobiety, bardziej lub mniej świadomie, zupełnie otwarcie albo pod płaszczem negacji, szukają partnera. Najczęściej jest nim mężczyzna. Dodatkowo, mężczyzna, który będzie spełniał określone parametry: mówił z sensem, śmiał się wtedy, gdy śmiać się powinien, czytał
w naszych galopujących myślach z zainteresowaniem, które okazuje koniom mechanicznym w Top Gear, a przy okazji - dobrze wyglądał. Na takim kimś chętnie zawieszamy nie tylko oko, ale również myśli, czasami nawet
w nadmiarze i analizując każde słowo w smsie, którego nie było, ale przecież miał się pojawić. Z takim kimś chętnie zawieramy związek - przelotny, nastawiony na jedno albo i na drugie, nieformalny, formalny lub ogłoszony światu z ambony Facebooka - myśląc o tym, jak w nim trwać, nie zatracając przy tym siebie. Gdy ognia już nie ma i zamiast niego widzimy żar wspomnień, myślimy o tym, co zrobić, żeby płomień przywrócić albo związek zerwać. To wszystko wymaga hektolitrów myśli.

3. BABSKIE PITU-PITU W CZASACH KRYZYSU

Przy całym szacunku dla domowego równouprawnienia, kuchnia jest jednak domeną kobiet. To właśnie kobiety doprawiają budowane znajomości i przyjaźnie dozą unikalnej babskiej ekscytacji, która wydaje im się 
z perspektywy czasu zbyt mała albo nadmierna, przez co zmieniła smak. Te same kobiety mielą później w głowie żal, smutek albo urażoną dumę, gdy przyjdzie czas na zredefiniowanie relacji. To kobiety starają się wszystko okrasić dobrym gestem, jeszcze lepszymi chęciami i naturalną sobie empatią. Ale nawet takie combo nie zawsze pomaga. Bo gdy jedna kobieta myśli jedno, druga może konstruować myśl zupełnie odwrotną. W morzu takich myśli można się utopić. Siebie, a czasami i relację, przy okazji.

4. SEKS 

Mimo że to mężczyźni myślą o seksie, kobiety też o nim myślą. Bo jak trafnie ujął to Volant, "Bez względu na wiek, każdy woli orgazmy niż kwiatki". Myślą więc kobiety myślące-praktykujące, które seks przyjmują w regularnych dawkach ściśle przestrzeganej diety, jak i te, u których na myśleniu, ewentualnie podsycanym lekturą "50 twarzy Greya", się kończy. I choć myśli myślom nierówne w ilości i stopniu wyuzdania, niepodważalnie mają się dobrze w każdej kobiecej głowie.

5. DZIECI

Chcąc dzieci, czy też nie, kobieta jest skazana na myślenie o nich. Najpierw myśląc o tym, co zrobić i jak zrobić, żeby się nie pojawiły, gdy jeszcze nie jest gotowa oczekiwać ich z bukietem świadomej radości, wykrzykników
i wytęsknienia. Jeśli przypadkiem źle coś przemyślała i dziecko "stanie się" w mniej odpowiednim momencie, myśli o tym, jak poradzi sobie teraz ze swoim życiem i dodatkowo - nowym życiem. Gdy przyjdzie moment,
w którym oprócz myśli zacznie się również w kobiecie odzywać macierzyński instynkt, kobieta będzie myślała
o tym, jak sprawić, żeby podobnie silny instynkt pojawił się również w potencjalnym ojcu. Będąc już szczęśliwą kobietą w ciąży, kobiecych myśli będzie prawdopodobnie jeszcze więcej niż do tej pory, czasami nawet identyczne co pięć minut, bo przecież nietrudno o zagubienie którejś w całym tym hormonalnym bałaganie. Może się jeszcze zdarzyć, że kobieta będzie musiała oswoić się z myślą, że nie dane jej będzie zostać mamą naturalną i będzie myślała o alternatywnych sposobach na posiadanie potomka.  A wszystko po to, żeby po pojawieniu się dziecka, a być może i kolejnych dzieci, kobieta nie przestała o nich myśleć już do końca życia. Dziecko to temat rzeka, jak widać, myślami płynący.

6. FEMINIZM

Jedyne współczesne kobiety, których można nie posądzać o cień myśli na temat feminizmu lub myśli po prostu feministycznej to te z nieskontaktowanych plemion Amazonii lub wnętrza Afryki. Wszystkie inne, jako przedstawicielki ucywilizowanych społeczeństw, z różną częstotliwością, ale o feminiźmie myślą i - co więcej - mają na jego temat mniej lub bardziej skrystalizowaną opinię. Nawet, jeśli na najprostszy babski rozum "zza płota", feministka to nikt inny, jak kobita z wąsem i bez stanika. Niezależnie od tego, czy rozumiany właściwie, czy stereotypowo, feminizm zajmuje miejsce w kobiecych myślach, od kilku skromnych cm3 do dużo większych przestrzeni.

7. MYŚLEĆ BARDZIEJ, WIĘCEJ I MĄDRZEJ

Kobiety ambitne myślą ambicjami. Wyznaczają sobie następne cele do osiągnięcia, odkrywają w sobie pokłady twórczości i rozwijają pasje. Myślą o tym, jak ogarnąć kolejne niezaorane jeszcze pola ciekawości w swojej głowie, żeby wycisnąć z życia możliwie najwięcej wrażeń i doznań. Lubią myśleć dla niezabrudzonej komentarzami postronnych przyjemności myślenia. I właśnie dlatego lubią, nawet bardzo, spacery sam na sam ze swoją głową. 

8. NIE MYŚLEĆ

Zmęczone nieprzerwanym myśleniem, kobiety myślą również o tym, co zrobić, żeby nie myśleć. Uciekają się przy tym do różnych sposobów o skuteczności jesli nie umiarkowanej, to przynajmniej mocno chwilowej. Bo skłonność do natłoku myśli jest chyba po prostu wpisana w naszą kobiecość tak silnie, jak silnie potrafi złapać nas za rękę facet, przy którym na małą chwilę przestajemy myśleć.

***

Nie uważam, żebyśmy były chore, chociaż objawy natrętnego myślenia bywają czasami uciążliwe nawet dla nas samych.


27 października 2014

Kremowa jesień o smaku batatów. Prawda, że idealnie się komponują???

Jesień znam całkiem dobrze. Batata, czy też słodkiego ziemniaka (o którym będę się jednak wyrażać w pierwszym "ąę" imieniu), odkryłam niedawno. Jesień jest jak batat, a w zasadzie - zupa krem z batatów.

To, co na pierwszy rzut oka twarde, chropowate i niezjadliwe, po ugotowaniu lub innym mocno rozgrzewającym zabiegu często nabiera odpowiedniego smaku. Jesień zajadana bez swetra i płaszcza ciepłych myśli będzie po prostu mało smaczną chłodną przystawką albo niedogrzaną zupą, zapowiadającą jeszcze zimniejsze główne. Zupełnie odwrotnie, jeśli zrobić z jesieni danie samo w sobie i pochłaniać je wszystkimi zmysłami, starając się wycisnąć z niego maksimum smaku i aromatu. Bez myślenia o tym, co pojawi się na stole za chwilę, po prostu delektować się przy każdym kolejnym otwarciu ust. Oblizywać ciepłe myśli, nieśpiesznie przełykać chwile z tu
i teraz, wekować wspomnienia w ulubionym odcieniu czerwieni. Wtedy jesień może smakować pięknie.

***

Jako dziecko nie przepadałam za zupami. Były pewnym musem, chociaż nie zawsze w jego konsystencji. Wypełniały czeluści wklęsłego brzucha, który nie miał potem najmniejszej ochoty na płaski talerz niczego więcej, a wypadało zjeść jeszcze przynajmniej po widelcu jarzynki za babcię, dziadzia i ciocię Jankę, której nawet jeśli nie widywało się często, lepiej przecież było nie mieć na sumieniu. Tak, już lepiej było mieć ją na widelcu.

Moje nastawienie do zup szczęśliwie ewoluowało wraz z wiekiem. Gdy sama zaczęłam maczać palce w tym, co miałam konsumować i jednocześnie odkryłam, że mimo brudnych rąk sprawia mi to czystą przyjemność, spojrzałam na nie łaskawszym okiem. Szczególnie, gdy z pospolitych i nawet nieco przaśnych zup, za sprawą prostego blendera, lecz finezyjnych menu w restauracjach stały się towarem bardzo modnym i wyrafinowanym. 
I mimo że nadal lubię czasami zjeść grzybową zupę, tym, co kocham jest grzybowy krem, najlepiej z malowniczym "kleksem" czegoś tam na swojej gładkiej powierzchni. Cóż, jestem ofiarą zarówno swojego własnego smaku, jak mody na smak aksamitny. Flavour victim w najczystszej postaci.

Prosty w przygotowaniu i efektowny w smaku krem z batatów, który opisuję poniżej, to wynik niezdecydowania, co zrobić z podłużnymi rdzawymi warzywami, które niedawno zakupiłam. Ponieważ nie chciałam, żeby pierwszy raz z nimi w roli głównej zabolał, zdecydowałam się na bezpieczne ugotowane rozwiązanie w towarzystwie innych produktów i...smakowa intuicja mnie nie zawiodła.

Zupa krem z batatów (i nie tylko)

Składniki na ok. 5 - 6 porcji:

2 średniej wielkości bataty
2 duże marchwie
1 cebula
1 mała puszka kukurydzy (można pominąć)
2-3 ząbki czosnku
3-4 łyżki oliwy z oliwek/oleju ryżowego
1 l wody
1 szklanka wywaru warzywnego/bulionu warzywnego rozpuszczonego w wodzie
1 puszka mleczka kokosowego (400ml)
sok z 1/2 limonki
1-2 łyżki miodu
suszone płatki chilli
sól, pieprz, pół łyżki kurkumy
świeża kolendra 

Bataty, marchew i cebulę obieramy, a następnie kroimy (bataty i marchew w kostkę, cebulę - w kostkę lub piórka średniej grubości). Kukurydzę odcedzamy na sitku.

Do dużego garnka wlewamy oliwę/olej ryżowy, rozgrzewamy. Następnie wkładamy do garnka wszystkie warzywa. Przez kilka minut podsmażamy, mieszając co chwilę, żeby warzywa się nie przypaliły. W międzyczasie obieramy czosnek i dodajemy do warzyw, przeciskając przez praskę. Posypujemy suszonymi płatkami chilli (ilość zależna od naszego smaku i tolerancji na pikantne).

Po kilkuminutowym przesmażeniu warzyw, zalewamy je warzywnym wywarem i sokiem z limonki. Po chwili dodajemy wodę. Gotujemy na niewielkim ogniu ok. 25 min, do momentu, aż warzywa będą miękkie. 

Zestawiamy zupę z kuchenki i przy pomocy blendera/miksera doprowadzamy do gładkiej konsystencji. Z powrotem stawiamy zupę na ogniu (małym). Dodajemy do kremu mleczko kokosowe, miód i kurkumę. Doprawiamy solą 
i pieprzem według uznania. Czekamy aż zupa się zagotuje.

Dobrze ciepłą zupę krem nalewamy do miseczki i posypujemy świeżą kolendrą. Jak większośc zup, najlepiej smakuje następnego dnia od przygotowania.

Bardzo dobrym dodatkiem do kremu jest lekki i chrupiący indyjski przysmak - papadum (poppadom).


Krem uwieczniony na chwilę przed delektującą się konsumpcją.
Tak podana zupa krem może być z powodzeniem daniem głównym samym w sobie, idealnie komponując się kolorem i charakterem z tym, co mamy aktualnie za oknem. Delektujmy się jesiennym życiem do samego dna, a jak już się w nim rozsmakujemy - bez skrupułów prośmy o dokładkę.

I jak, smakuje?






24 października 2014

Fot. screen http://www.huffingtonpost.co.uk/ (lewy, środkowy), 
screen http://www.theguardian.com/ (prawy).

Kolejny tydzień dobiega końca. I to nie byle jaki tydzień, bo urozmaicony od samego początku bardzo twarzową sprawą. Mimo że emocje wokół niej jeszcze nie ucichły, sporo zostało już w temacie powiedziane, na tyle, że i ja postanowiłam nie przechodzić obojętnie obok tego, co przez ostatnich kilka dni zalewa świat, goszcząc na pierwszych stronach i ekranach najbardziej opiniotwórczych mediów.

Ale o co chodzi? W zasadzie o nic innego, niż o twarz na językach.

Widoczna na powyższych zdjeciach aktorka Renee Zellweger (tak, na wszystkich widnieje ta sama osoba) wywołała w poniedziałkowy wieczór burzę szoku i niedowierzania, pojawiając się na gali ELLE Women in Hollywood Awards w Los Angeles. To, że laureatka Oscara, która w dodatku niezbyt często w ostatnim czasie objawiała się publicznie, zwraca uwagę fotoreporterów, jest oczywiste. Sytuacja nabiera jednak zupełnie innego oblicza (twarzy?), gdy na ściance pojawia się Renee Zellweger, która...zupełnie nie przypomina siebie samej sprzed kilku lat, czyli czasów swojej największej świetności. Jej twarz to teraz twarz zupełnie innej osoby
i jednocześnie efekt transformacji, która - jak widzimy na powyższych zdjęciach - trwała już od jakiegoś czasu, od roku przynajmniej, o czym donosił już wtedy brytyjski The Huffington Post.

Czy sprawa wyglądu aktorki rzeczywiście zasługuje na aż taką uwagę mediów i to nie tylko Pudelków, Kozaczków
i ich międzynarodowych odpowiedników, ale również poważnych nośników informacji rangi The Guardian czy The Washington Post? 

Fot. Screen z wpisu Amy Argetsinger i Emily Yahr
http://www.washingtonpost.com/blogs/style-blog/
A dlaczego nie?

Skoro zwyczajny komentarz pojawiającej się nagle na celebryckiej arenie polskiej WAG (ang. Wives and Girlfriends) - Sary Mannei lub jak kto woli - Sary Boruc, że "900 złotych to niewiele pieniążków na zakupy" 
(w czym jest zresztą dużo prawdy i nie rozumiem skali bulwersu), może wywołać lawinę komentarzy i stać się polskim hot topic, dlaczego światowego szoku nie miałaby wywołać kompletna zmiana wyglądu uznanej 
i rozpoznawalnej (jak dotąd) na całym świecie aktorki? Taki już los bycia sławnym i bogatym, że przyglądają im się nie tylko najbliżsi i lustra w domu, ale również światowa opinia publiczna i morze fanów (lub hejterów). Przykro mi, ale tym samym nie zgadzam się z opiniami typu ta zamieszczona w Na Temat, że Renee Zellweger dotknął ogólnoświatowy ostracyzm. Dotknęła ją fala szoku, zdziwnienia, niedowierzania i domysłów - owszem. Ale nic więcej. Jestem też przekonana, że funkcjonująca w show biznesie nie od wczoraj aktorka liczyła się 
z takimi reakcjami, mimo że być może wolałaby ich uniknąć. 

Sama zainteresowana nie "pomaga" jednak tym szeroko się interesującym nie wspominając słowem o swojej ucieczce do pomocy skalpela lub innych - mniej radykalnych, ale zawsze - zabiegów, w wyniku których wygląda teraz zupełnie inaczej niż kilka lat temu. Zamiast tego, aktorka twierdzi, że "cieszy się, że ludzie dostrzegają, że inaczej wygląda" i że zawdzięcza to swojemu "nowemu, szczęśliwemu życiu, w którym odnajduje spełnienie". Szczerze? Jest mi naprawdę obojętne, jak wygląda Renee Zellweger, mogłaby nawet przypominać odmienioną na potrzeby "Monstera" Charlize Theron. Osobiście nie kupuję jednak bajek o naturalnej transformacji w takim zakresie i na taką skalę. To teorie tak dla mnie naciągnięte, jak tylko skóra twarzy po ingerencji chirurga naciągnieta być może. A jeszcze bardziej osobiście - aktorka wygląda teraz źle, a przynajmniej - dużo gorzej niż wyglądała, nawet, gdyby nałożyć na jej twarz sprzed kilku lat siatkę naturalnych zmarszczek kobiety czterdziestoparoletniej. Gdzie więc dobroczynne działania szczęśliwego i spokojnego życia, które zazwyczaj obiektywnie upiększają? A może aktorka faktycznie niczego teraz z twarzą "nie zrobiła", a przestała jedynie robić to, co - być może - robiła wcześniej?

W całej tej, wciąż owianej pewną tejemnicą, transformacji roku, można jeszcze rozważać możliwość, że Renee Zellweger przygotowuje się po prostu do kolejnej roli, która wymaga od niej wyjątkowych (i wyjątkowo widocznych)  poświęceń. Wcielając się dwukrotnie w postać kultowej Bridget Jones, powiększyła się już przecież o kilka rozmiarów. Może teraz przyszła kolej na twarz?

Mam prywatną nadzieję, że oprócz zmiany twarzy, zmianie nie ulegną aktorskie ambicje i zdolności Renee. Dobrze byłoby zobaczyć ją w kolejnej dobrej produkcji, bo z filmem wyjątkowo jej do twarzy.


22 października 2014

Fot. Getty / http://www.telegraph.co.uk/

Czyli taki w sam raz. 
Już nie ciepła klucho, ale jeszcze nie zimny draniu. 
Co rozpali emocje i ostudzi niezdrowy zapał. 
Z olejem w głowie, a głową na karku. 
Z bickiem widocznym, choć w obwodzie mniejszym niż biust Marty Grycan. 
Silny na tyle, żeby udźwignąć nasze babskie niezdecydowanie, zmiany humorów i huśtawkę nastrojów, i to nie tylko w czasie PMS (torebkę już niekoniecznie). 
Taki, który zakręci nam w głowie nie po to, żeby następnie obrócić się na pięcie i zwiać. 
Który siarczyście przeklnie, ale mięsem rzucać nie będzie. Mięso będzie jeść, oj, jak będzie je jeść! 
A jak skończy, kulturalnie podziękuje. 
Co za rękę, pod rękę i za cycki złapie. 
Z pasją. Nie tylko w łapaniu, ale taką w ogóle. 
Taki, co nas weźmie słowami, bo będzie wiedział, że seks jest w nas zawsze, ale największy wtedy, gdy kręci nas mózg.

Gdzie jesteś? Pełno cię na ulicach, a jakoby nikogo nie było albo jak śpiewała Natalia "Im więcej ciebie, tym mniej". 

Niełatwe jest życie dzisiejszej singielki i mówię to nie inaczej, niż jako była (i nie taka znowu dawna) singielka właśnie. Nakarmiona autopsją, której bez popicia winem czasami przełknąć się nie dało, wiem, że nie jest lekko, dziewczyny. Gdy każdy (albo prawie każdy) kolejny weekend rozczarowuje i zmazuje złudzenia co do męskiej płci, tak, jak my zmazujemy nad ranem misternie nakładany kilka godzin wcześniej makijaż. Bo nawet jeśli nie szukamy, to chciałybyśmy znaleźć. Albo przynajmniej - zostać znalezione, przez "niego odpowiedniego". I nie ma co się wstydzić, negować i zapierać butami na wysokich, niewygodnych obcasach albo zupełnie bez obcasów - zależnie od tego, gdzie szukamy, "nie szukając" - że tak nie jest. Bo jest.

Bo nawet elektrony wiedzą o tym, że fajnie być sparowanymi. Bo koc i kapcie jesienią dobre są zawsze, ale najlepsze są wtedy, gdy koc jest jeden, a kapci są dwie pary. Bo najbliższy i najsmaczniejszy targ śniadaniowy jest nie na Powiślu, a pod poranną kołdrą w sobotę, gdy karmimy się zaspanymi jeszcze dotykami. Bo każdy wie dlaczego.

A my, wbrew pozorom już sprawianym albo tym, które dopiero chcemy sprawiać, nie jesteśmy przecież aż tak skomplikowane, żeby siedzieć nad nami z instrukcją obsługi. Wystarczy się przysiąść. Ale tak zdecydowanie, po męsku, a nie jak ciapa.

Zamiast być niezręcznym, lepiej mocno wziąć nas za rękę.

Na pierwszych randkach nie pytać, tylko proponować, w ostateczności zadawać pytania zamknięte, bo nasze wahania, wątpliwości i niezdecydowanie potrafiłyby wytrącić z równowagi nawet Dalajlamę.

Wystarczy wiedzieć, że czasami chcemy, nie chcąc.

Że nieważne jak silne same jesteśmy, chcemy, żeby facet był silniejszy od nas.

Że mimo że to my jesteśmy najpiękniejsze, facet ma zauważać inne piękne kobiety. Bo tylko wtedy jest facetem
z krwi i kości, a nie nakręcaną magią chwili pozytywką.

Wystarczy być sobą, nie być idiotą i się trochę postarać.






20 października 2014

Fot. http://www.keepcalm-o-matic.co.uk/

To nie jest tekst o bieganiu. To jest tekst o MOIM bieganiu. I o tym, że właśnie w ten sposób o siebie zabiegam.

Bieganie od jakiegoś czasu przeżywa swoje - długie już - pięć minut, aż miło popatrzeć, że jest płaszczyzna, gdzie czas rozciąga się jak z gumy :-). Odmienia się je we wszystkich przypadkach i nawet w przypadku, gdy nie biegasz, prawdopodobnie wiesz, dlaczego biegać "warto", bo szturmuje już nie tylko leśne i asfaltowe ścieżki, ale staje na pudle także we wszystkich mediach. Bieganie to dla mnie jeden z nielicznych "pozytywnych" celebrytów. Znam osobiście i staram się tę znajomość pięlęgnować, bo oprócz swojego perfekcyjnego oblicza w TV, jest po prostu skromnym, niezastąpionym kumplem, któremu kilka słów również ode mnie po prostu się należy. I tak, to kumpel rodzaju męskiego, mimo równouprawnienia i tego, że biega coraz więcej kobiet.

PIERWSZY KROK SAMOTNY...

Nie pamiętam, dlaczego zaczęłam biegać. Pewne jest to, że był marzec 2013. Zawiązałam swoje czarno-różowe sportowe buty, w których zdarzało mi się wcześniej sporadycznie i nieregularnie truchtać (z naciskiem na "sporadycznie", "nieregularnie" i "truchtać", na dystansie nie większym niż 4 km), i wyszłam na zewnątrz. Wróciłam, czując, że tym razem biegałam. I tak, jakbym z wdychanym jak najgłębiej powietrzem połknęła coś jeszcze. Bakcyla. Wiedziałam, że będzie kolejny raz i będzie kolejna para, tym razem już "prawdziwie biegowych", butów. Że tym razem to początek czegoś trwałego.

...I ZORGANIZOWANY


Fot. http://biegkobiet.pl/


Chociaż nigdy nie przypuszczałam, że wezmę udział w sportowej imprezie masowej, w czerwcu trzy miesiące później pobiegłam w niebieskim tłumie Samsung Irena Women's Run na dystansie 5km. Ścisk w mostku przed startem i nerwowe oczekiwanie na jego sygnał były moim drugim śniadaniem biegacza, a tysiące kobiecych łokci na trasie, obok lub przede mną, znakomitym i naturalnym dopingiem. Przybierając dziwaczną pozę spłoszonego zwycięstwa, przekroczyłam na Agrykoli swoję pierwszą komercyjną linię mety i bogatsza o 25 minut zbiorowego doświadczenia, uśmiechałam się już do jednego z jesiennych biegów na 10km. 

Październikowe "Biegnij Warszawo" biegło z kolei w szarych koszulkach i w moim przypadku - zdecydowanie za ciepłych, długich legginsach, które jako że były nowe, musiały zostać niezwłocznie przetestowane i nieważne, że świeciło akurat piękne słońce. Mimo bardziej spoconych okoliczności przyrody niż bym sobie tego życzyła, pobiegłam nawet lepiej, niż się spodziewałam i na mecie uśmiechnął się do mnie czas poniżej 54 min. Zresztą na mecie wszystko się uśmiecha. Życie jest piękne, możesz przenosić góry o łyku wody mineralnej i lubisz nawet swój przerywany oddech wydobywający się gdzieś tam z twarzy w kolorze dorodnego buraka. 

Nie mogę się już doczekać kolejnego startu. Między innymi właśnie po to, żeby delektować się później mieszanką odczuć na mecie. Półmaratonie, daj mi jeszcze chwilę. Chcę Cię nie tylko zaliczyć, ale przebiec z planem i ładnym dla oka biegiem, z kolejnym pozytywnym zaskoczeniem na liczniku.

KRÓTKA PAMIĘĆ KONDYCJI

Nawet biegając, jak ja, zupełnie amatorsko i jedynie dla własnego fanu, trzeba liczyć się z ryzykiem pojawienia się mniejszej lub większej kontuzji. Kolano lub biodro to jedne z częstszych biegowych przypadłości i mogą być mniej lub bardziej poważne w skutkach. Mnie zimą ubiegłego roku dopadło to drugie i mimo że nie było "niczym więcej" niż bólem przy chodzeniu (a szczególnie wchodzeniu, np. po schodach) utrzymującym się przez kilka tygodni, a zaleczonym maściami i naświetlaniami, spowodowało odłożenie biegowych butów do szafy. Po powrocie na ścieżkę po około miesiącu, świat z perspektywy biegacza nie był już tak różowy, jakim go zostawiłam. Z jednej strony oddech wyrywający sie spod wszelkiej kontroli,  z drugiej - kolka, której dawno nie było. "Gdzie ja jestem???". Brzydka prawda dała o sobie znać w najbardziej fizyczny z możliwych sposobów. Kondycja ma pamięć dobrą, ale krótką. Jej odbudowywanie to proces wolny i mozolny, pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji - w tym motywacyjnych - ale na szczęście realny. Po kilkumiesięcznej przerwie od biegania spowodowanej kilkoma nakładającymi się na siebie rzeczami, znowu jestem na właściwej biegowej ścieżce. I mimo że do szczytowej formy sporo mi jeszcze brakuje, powróciło karmienie się świeżymi endorfinami o różnych porach dnia, za którym tak tęskniłam. 

PO CO, NA CO I DLACZEGO?

Nie wiem, czy "warto" biegać. Wiem natomiast, że warto spróbować, żeby przekonać się, czy bajka wielu może stać się i naszą, i to niezależnie od wieku. Jeśli tak - świetnie, bo biegowy endorfinowy haj to uczucie ogarniające tak bardzo, że nie da się go ogarnąć słowami. Trzeba po prostu doświadczyć, bo nawet najbardziej barwny opis wypada przy nim zbyt blado. Jeśli nie - jest mnóstwo innych bajek, po które można sięgnąć, żeby się w nich zatopić. 

Moja subiektywna lista największych korzyści biegania wygląda tak:

  • Bieganie jest bardzo wygodnym sportem, nie wymagającym dużych nakładów ani czasu, ani kapitału. Czas, który na niego przeznaczam, zależy tylko ode mnie i jest w zasadzie czasem samego treningu, bez czynności przygotowawczych - dojazdów lub konieczności korzystania z szatni. Potrzebuję do niego jedynie dobrych butów. Wszystko inne to dodatki, nie muszą być super profesjonalne, chociaż dobrze, żeby były w soczystym kolorze :-).
  • Bieganie oczyszcza głowę. Gdy zacznę biec, jestem tylko ja i droga przede mną. Moja głowa pracuje na jeden z dwóch sposobów: albo zupełnie wyłącza myśli inne niż to, gdzie dalej pobiec, albo wręcz przeciwnie - pracuje w bardzo efektywny sposób, znajdując rozwiązania codziennych porblemów, które wcześniej wydawały się nie do pokonania.
  • Bieganie modeluje sylwetkę. To niesamowite, jak bieganie podnosi tyłek i kształtuje mięśnie brzucha albo ramion. A biegną przecież nogi!
  • Bieganie i paradoks biegacza. Dopiero, gdy zmęczę się do granicy mroczków przed oczami (stan osiągany po różnym czasie i intensywności biegu, nie ma na to reguły), odnajduję w sobie zapodzianą wcześniej energię do działania. 
  • Euforia biegacza, czyli endorfinowy haj. Bieganie powoduje zwiększenie produkcji i wydzielania endorfin, czyli hormonów szczęścia, od których z łatwością można się uzależnić. Potreningowy uśmiech czy nastawienie typu "mogę wszystko" to właśnie efekt ich działania. Tak, jestem ćpunką!
  • Biegiem do łóżka. Po jeszcze lepsze: seks i sen. I kropka.
  • Bieganie hartuje. Po pierwsze - charakter. Po drugie - organizm. Regularne bieganie poprawia krążenie, dzięki czemu biegając, na co dzień nie potrzebuję już na sobie tylu warstw (a mówię to jako naturalny zmarźluch).
Ostatnią zaletą biegania jest to, że powyższa lista jest subiektywna tylko w teorii i wie to każdy, kto biega :-). Mimo różnych słów, w które można ubrać biegowe odczucia i indywidualne korzyści, materiał, z którego powstają, pozostaje ten sam. Radość. Hobby. Pasja. Szczęście. 



Moje biegowe love.


P.S. 
O bieganiu przeczytałam jedynie dwie książki: "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" Harukiego Murakamiego i "I jak tu nie biegać!" Beaty Sadowskiej. Piszę o nich w P.S., ponieważ nie są z MOIM bieganiem bezpośrednio powiązane. Żadna z nich nie spowodowała, że zaczęłam biegać, żadna nie zmieniła też patrzenia na bieganie. Pojawiły się na różnych etapach biegowej przygody - długo przed jej rozpoczęciem (Murakami) lub już w jej trakcie (Sadowska). Nie zmienia to faktu, że obie są porcją znakomitej lektury, ze szczególnym prywatnym wskazaniem na książkę Murakamiego, która znajduje się na liście moich ulubionych pozycji w ogóle. Polecam jedną, drugą albo obie jako lekturę samą w sobie, lekturę motywacyjną, a może i zniechęcającą, kto wie?












17 października 2014

Pociąg to bardzo dobry punkt obserwacyjny!


No dobra. Ponad pięć miesięcy zleciało z prędkością TGV, choć może to nie najbardziej fortunne porównanie, chcąc być osiedleńczo poprawną, a mając na uwadze sympatie angielsko - francuskie. Tak, czy inaczej, tyle czasu w jednym miejscu to wystarczająco dużo na aklimatyzację, oswojenie otoczenia, które ma stać się nowym całym światem i wydeptanie własnych ścieżek do zdartej podeszwy (dosłownie, bez przenośni, kropka).

I mimo że nie jest to mój debiutancki pobyt w Wielkiej Brytanii, wiele rzeczy, z którymi aktualnie się tu stykam
i moich powstałych na tej bazie obserwacji, odczuwam jako pierwsze. Ma to związek z dwoma kluczowymi faktami:
  • Moja poprzednia przygoda z UK była stricte londyńska, zakotwiczona w Greenwich razem z Cutty Sark. To tam spędziłam prawie trzy miesiące, dokładnie dziewięć lat temu, latem pomiędzy liceum a studiami. Trzeba w tym miejscu powiedzieć sobie otwarcie, że Londyn nie jest w żaden sposób reprezentatywny dla całego kraju. Taki już los stolic-ikon, kulturowych tygli podgrzewanych popularnością swoich miejsc i miejscówek, wytwarzających specyficzny mikroklimat. Wielka Brytania dzieli się na Londyn i na całą resztę, a to, że komuś jest dobrze w stolicy (znam mało osób, które z różnych powodów i na swój indywidualny sposób nie byłyby pod wrażeniem tego miasta i życia w nim) nie oznacza, że tak samo odnajdzie się w innym brytyjskim miejscu. Właśnie z tego powodu, to, co widzę i słyszę w "swoich" aktualnych okolicach Birmingham (z akcentem miasta na czele, a raczej - na językach) jest świeże i inne.
  • W przeciwieństwie do wspomnianego pobytu w Londynie z zamierzchłych dziejów, obecny nie jest ściśle określony w czasie. Nie wiem, czy będę tu rok, dwa, a może pięć, ale z pewnością dłużej, niż krócej. To mocno zmienia perspektywę. Inaczej patrzy się na ludzi, ulice, to, jak żyją. Nie ma już wzroku turysty, czy przebywającego dłużej, ale wciąż jednak - gościa. Pojawia się inny, paradoksalnie wyostrzony w swoim rosnącym przyzwyczajeniu do widoków.

Moja prywatna lista siedmiu obserwacji rodem z UK to mix tego, co dostrzegłam już podczas swojego niegdysiejszego pobytu vol. 1 z tym, co piszczy teraz "na prowincji" i jest dla mnie świeże. Rzeczy już znajome lub totalne zaskoczenie, te, które lubię, toleruję lub mam ochotę wykastrować.

1. HOW ARE YOU? 
Kategoria: znajome
Angielskie "Hałaju?" zalewa cię odkąd przekroczysz brytyjską granicę i słyszał je każdy, kto choć raz tutaj był. Jest przedłużeniem najzwyklejszego powitania i w teorii oznacza troskę pytającego o to, "jak się masz". W praktyce to po prostu kultura języka. Niezależnie od pobudek pytającego (bo być może faktycznie trafisz na osobę, która szczerze troszczy się o twoje dzisiejsze samopoczucie), zawsze i wszędzie musisz czuć się jakoś. Przy kasie, na poczcie, przez telefon albo w publicznej toalecie. Najlepiej dobrze albo nieźle, nawet jeśli faktycznie właśnie pada ci bazylia, którą darzysz miłością nie mniejszą niż Anglicy koty. Twoja odpowiedź ma być szybka 
i automatyczna. Mnie samą "Hałaju?" wciąż jeszcze czasami wytrąca z równowagi, gdy w głowie mam już na przykład dalszą część rozmowy. To chyba kwestia przyzwyczajenia.
Mój stosunek: neutralny

2. UPRZEJMOŚĆ ZAWSZE NA CZASIE
Kategoria: znajome
Anglik człowiekowi nie wilkiem, a uprzejmym i pomocnym. Uwielbiam to. Pytając lub prosząc kogokolwiek
o cokolwiek, nie spotkałam się jeszcze z reakcją inną niż realne zainteresowanie, czy to w aptece, czy na ulicy. Jeśli ktoś czegoś nie wie, dogłębnie sprawdza, zanim odpowie. Jeśli pracownik linii kolejowych wyglądający na zajętego swoimi sprawami przypadkiem usłyszy na peronie, że wybierasz się do Londynu, podchodzi i pyta, czy przypadkiem nie będziesz zwiedzać. Bo jeśli tak, to proszę, z taką broszurą będziesz miał takie i takie zniżki,
i że on ci zaraz taką broszurę przyniesie, tak, nie ma problemu i może być w dwóch egzemplarzach, jeśli tylko masz ochotę.
Mój stosunek: (bardzo) pozytywny

3. GAZ NIE DO DECHY
Kategoria: nowość
W Londynie nie zwracałam na to uwagi, bo nie było na co i nie było jak, zresztą nie miałam jeszcze nawet prawa jazdy i samochodami nie interesowałam się w ogóle. W mieście wszyscy korzystają tam ze środków komunikacji miejskiej, kilkunastu linii metra przede wszystkim. Jeśli już przemieszczają się samochodem, zazwyczaj stoją 
w korkach. Sytuacja poza Londynem jest diametralnie inna. Anglicy kochają samochody, co pewnie można wiązać z faktem, że silnie osadzony jest tu przemysł motoryzacyjny, z centralnym zapleczem R&D m.in. Jaguara, sąsiadującego z nim przez płot (dosłownie) Astona Martina, czy legendarnego już Rolls-Royce'a. Bez samochodu praktycznie nie istniejesz. W ekstremalnych przypadkach pokroju mojego sąsiada, samochodem przemieszczasz się nawet do sklepu 300 metrów od domu. W kontekście tego wszystkiego i mając wyryte w głowie polskie schematy, z coraz częstszymi wyczynami "Froga" i innych mu podobnych, zdumiewa widok jazdy z prędkością 30 mph lub 70 mph tam, gdzie WŁAŚNIE TYLE MASZ JECHAĆ. I stosują się do niego wszyscy, włącznie z Porsche, któych jeździ tu niemało. Chcesz się wyszaleć, jedź na tor wyścigowy, tam masz okazję do pokazania prawdziwego skilla, a nie tylko pionowego ruchu prawej stopy.
Mój stosunek: pozytywny

4. MIŁOŚĆ W KOLORZE BLUE
Kategoria: nowość
Anglicy kochają niebieski. W wystroju wnętrz, w dodatkach, na samochodach. Gdyby jeszcze były to jakieś ciemne odcienie, może nie raziłoby mnie to tak bardzo. Ale skąd. Jak na złość, miłością największą darzą chyba Tiffany Blue, Baby Blue i inne im podobne. Składa się o tyle niefortunnie, że ja z rzeczy niebieskich lubię tylko bezchmurne niebo.
Mój stosunek: negatywny 

5. PYJAMA PARTY W ROZMIARZE XL
Kategoria: nowość
Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że otyłość jest w Wielkiej Brytanii tak poważnym społecznym problemem. Szczupłe osoby to najczęściej ludzie starsi, którzy jedzeniowe przyzwyczajenia jakościowe i ilościowe wynieśli chyba po prostu z innych czasów. Pozostali w zdecydowanej większości "nie wyglądają dobrze" i jest to mocny eufemizm. Znakomitym miejscem do mimowolnych rozmiarowych obserwacji okazał się prom relacji Dover-Dunkierka, którym płynęliśmy latem. Z oczywistych powodów, jego pasażerami byli głównie Anglicy i Francuzi. Wszyscy Francuzi byli szczupli. Prawie wszyscy Anglicy w najlepszym przypadku mieli nadwagę. To po prostu przykre. 

Przechodząc do ubrania: że można się specjalnie nie przejmować tym, co się na siebie zakłada, to jedno. To, że poza Londynem (a pewnie już i na jego obrzeżach) permanentnie spotyka się na ulicach ludzi, którzy jakby właśnie wstali z łóżka, to drugie. I nie mówię tego jako ubraniowa purystka, czy strażniczka ponadczasowej elegancji w każdej minucie dnia. Robiący zakupy, czy wyprowadzający psy panowie w literalnych piżamach lub ewentualnie - czymś kształtem i wzorem piżamy przypominającym to dość częsty obrazek. "Dzień dobry" odpowiadają im panie w różnym wieku w grubych skarpetach we wszystkich kolorach tęczy i cienkich balerinach. To po prostu nie jest moja estetyczna bajka. Nie przypuszczałam, że to kiedyś powiem, ale polskie męskie skarpety do sandałów to przy tym mały pikuś, naprawdę. 
Mój stosunek: negatywny

6. BOSO MI, GOŁO MI
Kategoria: znajome
Wbrew pozorom, nie tępię wszystkiego w powierzchowności Anglików. Podoba mi się to, że są w stanie tak lekko się ubierać, bez konieczności dźwigania na sobie tylu warstw. Bose stopy kobiet lub sukienka na gołe nogi, idące pod rękę z mężczyzną w t-shircie, wszystko w październiku. Czemu nie? Na szczęście do aury można się przyzwyczaić na tyle, że sama też ubieram się tu zdecydowanie lżej niż w analogicznych warunkach pogodowych w Polsce.
Mój stosunek: pozytywny

7. HERBATA W OPLU
Kategoria: znajome (herbata)/nowość (Opel)
Jeśli kiedyś najdzie cię ochota na five o'clock tea z Anglikiem w jego Oplu, przygotuj się, że będziecie pić bawarkę w Vauxhallu. Herbata w Wielkiej Brytanii to po prostu herbata z dodatkiem mleka, taką Anglicy znają i taką piją. 
A Vauxhall to tutejszy odpowiednik Opla, różniący się logotypem, ale z zachowaniem znajomych nazw modeli. Taki na przykład Vauxhall Insignia :-).
Mój stosunek: neutralny

Wracam do dalszych obserwacji :-). Może Wy macie jakieś własne, choćby turystyczne, którymi zechcecie się podzielić?

P.S.
Po moje angielskie spostrzeżenia "mieszkaniowe", zapraszam tutaj. Z okazji Światowego Dnia Mieszkalnictwa (tak, jest coś takiego!) poświęciłam im osobny wpis.


15 października 2014

http://www.itsokaytobesmart.com/
Bez względu na na dress code, można pojawić się w nim wszędzie. 
Indywidualnie zaprojektowany, jest nie do skopiowania. 
Nawet pojedynczy, otula w chłodzie dziesiątek spojrzeń.
Uśmiech. Najtańszy ubiór świata. 

Uśmiech jest piękny. Uwielbiam patrzeć na uśmiechniętych ludzi, a najbardziej fascynuje mnie uśmiech codzienny. Im w swojej szczerości prostszy, tym lepszy. Taki najbardziej zwyczajny, posyłany samemu sobie zaraz po przebudzeniu i jeszcze nie w pełni świadomie. Albo ten na ulicy, wyglądający spod lekko zmrużonych oczu, gdy smaga nas przyjemne słońce i samo to wystarcza do podboju świata. Roześmiane oczy rodzica na widok swojego dziecka. Tak, śmiejemy się nie tylko ustami. Ten najgłębszy, najszczerszy i najbardziej przeszywający uśmiech, ktorego nie da się w żaden sposób podrobić, tańczy właśnie w naszych oczach.

Uśmiech jest najlepszym kosmetykiem. Wydobywa z nas to, co najpiękniejsze - nie tylko z twarzy, która dzięki niemu promienieje blaskiem świeżo zakochanych, ale również ze środka, sprawiając, że ten, kto się uśmiecha, wydaje się od razu dobry, szczery i godny zaufania. 

Uśmiech podróżuje dookoła świata, łagodząc obyczaje nie gorzej niż muzyka. Tłumacząc angielskie "Everybody smiles in the same language", mówi się, że jest uniwersalnym językiem świata. I w dużym stopniu tak właśnie jest, bo zazwyczaj uśmiechamy się przecież wtedy, gdy jest nam dobrze, kiedy się cieszymy i jesteśmy szczęśliwi. Gdy usłyszymy komplement, zjemy dobrą kolację, czy będziemy oddawać się słodkiemu plażowemu lenistwu, poślemy w przestrzeń kolejny niepowtarzalny uśmiech a ten, kto go zobaczy, zrozumie bez słów, czy to w Grecji, czy w Stanach.

Asekurując się "zazwyczaj", myślę o jednym wyjątku, o którym wiem i być może kilku innych, których nie jestem nawet świadoma. Wiedza dotyczy Japończyków i pojawiła się, gdy kilka lat temu współpracowałam 
z jednym z nich. Omawiając szczegóły umowy, co do której - najdelikatniej mówiąc - nie byliśmy zgodni, uśmiech pojawiał się na twarzy mojego japońskiego towarzysza zbyt często i z całą pewnością nie świadczył o jego szczęściu. Mimo że o niezrozumiale uśmiechniętym incydencie zapomniałam dość szybko, niedługo potem znalazłam przypadkiem jego wytłumaczenie. Pojawiło się w akademickim podręczniku do antropologii kultury (przydało się, że spontanicznie wybrałam ten przedmiot jako fakultet!), który - jak widać - czytałam z większą uwagą do poduszki po skończeniu studiów niż w trakcie. Okazuje się, że Japończycy uśmiechają się w przeróżnych sytuacjach niezwiązanych z wewnętrznym błogostanem, również wtedy, gdy odczuwają żal, rozczarowanie lub wstyd. Taka antropologiczna ciekawostka na lajfstajowym blogu, a co.

W większości jednak uśmiech to oznaka szczęścia, choćby chwilowego. Mistrzami tego "perfekcyjnego" są Amerykanie, a ten pochodzący z najgłębszego środka rozgościł się na Bali, żeby zostać później nawet jednym 
z bohaterów głośnej książki (a następnie filmu) "Jedz, módl się, kochaj".

Fot. screen "Jedz, módl się, kochaj", 2010.

Uśmiech nie jest (jeszcze) polski. W Polsce uciekamy od przypadkowego uśmiechu na ulicy. Starannie wytyczamy grono osób, które na niego zasługują i pilnujemy, żeby nie wyciekł do "obcego" świata. Wciąż jeszcze nieswojo czujemy się, mając posłać go nieznajomemu z naprzeciwka w autobusie. Szczególnie dotyczy to osób w średnim wieku i starszych, dla których strofowanie, zwracanie uwag i zaciętość na twarzy to dużo bardziej naturalne środowisko. Przed promieniem uśmiechu na ulicy odwracają głowę, jak przed rażącym w oczy słońcem, nie wiedząc, jak się zachować. No bo przecież nie odwzajemnią uśmiechu. No jak? Tak po prostu? Smutny i szary PRL, który znam z historii szkolnej, historii odsłuchanych i historii filmowych pozostawił jak widać bardzo widoczne piętno również na polskich twarzach. Nie zmienią tego dziesiątki ani setki blogowych teksów czy artykułów 
w czasopismach. Trzeba to przełknąć i cieszyć się sporadycznymi wyjątkami wśród osób wcześniej urodzonych, które wbrew wykutej w swoich głowach przeszłości poddają się czasami magii uśmiechniętej chwili. 

Tylko jak wytłumaczyć dominację powagi na twarzach młodszych z nas, która mimo że miejscami się osłabia, wciąż jeszcze jest faktem? Siłą schematów wyniesionych z domów? Jeśli tak, brak polskiego uśmiechu może nie mieć końca. Czy to jeszcze wstyd przed obnażeniem emocji w miejscach publicznych, a może już strach przed ich niewłaściwą interpretacją przez ewentualnego odbiorcę uśmiechu? Żyjemy w dziwnych czasach, gdzie "nieodpowiedni" wyraz twarzy stanowi czasem wystarczająco odpowiedni argument do zlania po mordzie. To 
z męskiego podwórka. Przechadzając się po damskim, dziewczyny i kobiety być może dawkują uśmiechy z obawy przed wysłaniem w ten sposób jakiegoś niemego zaproszenia, którego wcale nie chcą? A może po prostu są "bitchy" i uśmiech traktują jako zwyczajną oznakę słabości, na którą nie mogą sobie pozwolić, bo przecież chcą być twarde nawet wyrzucając śmieci.

Nie wiem. Nie wiem, bo lubię swój uśmiech i nie zawaham się go użyć.

I tak, jak nie podoba mi się w Wielkiej Brytanii kilka rzeczy, to lubię wyjść na tutejszą ulicę i wymieniać uśmiechy z osobami, które w większości spotykam ten jeden jedyny raz w życiu. Mogą być otyłe i nie przejmować się tym, co na sobie mają, to nie moje zmartwienie. Do mnie się uśmiechają, ja uśmiecham się do nich i od razu robi mi się cieplej.

Szeroki uśmiech dla Wszystkich.






14 października 2014

Been there, done that, got the t-shirt!

W niedzielę jest fan, żeby we wtorek mogły być zakwasy. 

Chodzenie po ścianach nigdy specjalnie nie chodziło mi po głowie. Okazuje się jednak, że w jeden wieczór można zostać zmanipulowaną do tego stopnia, żeby: 
a/ bez protestów, ale i bez euforii, udać się na wspinaczkową ściankę,
b/ po pojedynczych atakach paniki, z rosnącym uśmiechem na twarzy i nie mniejszym ściskiem w stopach przesuwać się po chwytach,
c/ jeszcze przed wyjściem ze sportowego obiektu obserwować, jak mięśnie umawiają się już z głową na kolejną randkę na ściance w najbliższy weekend.

Jak do tego doszło???

Wszystko przez znajomych. Burząc spokój niedzielnego popołudnia, zaproponowali wspólny wypad na ściankę wspinaczkową. Za pomysłem przemawiało wszystko: od tego, że kolega Hiszpan* wspina się nie od dzisiaj, przez to, że mój życiowy współlokator "zawsze chciał spróbować", a dla mnie wizja jakiejkolwiek aktywności to wystarczający powód, żeby nie marudzić, na bliskości obiektu sportowego kończąc. I weź tu, człowieku, żyj sobie w rytmie slow-motion, wrzucając na FB jesienne fotki spod koca!

Kilka godzin po przełomowym telefonie wiązałam już sznurówki wypożyczonych na miejscu wspinaczkowych butów. Mimo ogólnej zasady, że powinno się je zakładać na boso (dla nieprzesuwania się stopy w środku i jak najlepszego czucia), cienka skarpetka przy towarze wypożyczonym nie stanowi żadnej przeszkody, szczególnie 
w przypadku początkujących. Plusem całej zabawy jest to, że buty do wspinaczki to jedyny "sprzęt", którego potrzebowaliśmy do swojej pierwszej wizyty na ściance. Jest to też jedyny w całej przygodzie element, na który właściciel nieprzyzwyczajonych do wspinaczki stóp może ponarzekać. Jak się okazuje, buty do wspinaczki powinny być ciasne do granicy bólu; wtedy mamy pewność, że dobraliśmy odpowiedni rozmiar. Odczuwając 
w swoich "jedynie" spory dyskomfort, do teraz nie wiem, czy wspinaczkową inicjację przeżyłam we właściwym obuwiu i czy w związku z tym nie zostanie ona zdyskredytowana, gdy będę już rozpoznawalną Kobietą Pająkiem.

Fot. http://en.wikipedia.org/

Jako rekompensata dla ściśniętych stóp (do których po kilkunastu minutach można się jednak przyzwyczaić), od chwili wejścia do wysokiej i przestronnej wspinaczkowej sali czekały na nas same przyjemności. Jakby na 
zachętę dla planowanych amatorskich poczynań, całą przestrzeń mieliśmy praktycznie dla siebie, co oznaczało, że nie będziemy musieli na nikogo wpadać podczas tułaczki po ścianie. Na mojego kciuka w górę zasłużyło też samo wibrujące kolorami pomieszczenie z energetyczną muzyką w tle. Atmosfera od razu zrobiła się życzliwsza, myśli przybrały optymistyczny kolor i oczami wyobraźni zaczęłam już widzieć się gdzieś tam, hen, wysoko,
w porozciąganych pozycjach rozgwiazdy. Feria barw na ścianach to nic innego jak chwyty, czyli różnego kształtu
i wielkości mocowania imitujące kamienie, po których przemieszczamy się, chodząc po ścianach. Same ściany są natomiast nachylone do podłogi pod różnym kątem, przy czym najłatwiej jest oczywiście zaczynać od tych tworzących z nią kąt rozwarty (poznajcie Kobietę Pająk wspinającą się na wyżyny rezolutnej geometrii).

Idąc za nieocenionymi wytycznymi hiszpańskiego kolegi, moje pierwsze prywatne przejście ścianą odbyło się
"w bok", zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Czubek ciasnego buta i koniuszki palców prawej ręki stały się przewodnikiem, za którym bardziej lub mniej posłusznie starało się podążać ciało - turysta (przy okazji cenne spostrzeżenie - we własne ciało można się zaplątać i nie jest to, wbrew pozorom, trudne!). 

Żeby poznać różnorodność wspinaczkowych klimatów, po godzinie przemieszczania się w poziomie, zmieniliśmy salę. W drugiej, mniejszej, niższej i przez to bardziej kameralnej, czekały na nas wyzwania mające ustawić nas do pionu. Pozornie groźnie wyglądające ścieżki "w górę", które paraliżowały mnie z perspektywy materaca, łagodniały z każdym kolejnym chwytem. Końcowe uczucie satysfakcji wprostproporcjonalnej do osiągniętej wysokości mile łechtało kondycyjną próżność.

Fot. http://www.outsideonline.com/
Czas na ściance upłynął nam w okamgnieniu. Ponad dwie godziny spędzone na eksplorowaniu otoczenia z innej perspektywy, poprzeplatane chwilami błogiego odpoczynku na materacu, przyniosły ekspresowe postanowienie regularnego odwiedzania wspinaczkowego centrum. 

I mimo że dwa dni od ściankowego balu debiutantów nadal bolą mnie pod ciepłą wodą poodciskane wewnętrzne strony dłoni, a motylkowe mięśnie trzepocą skrzydłami zakwasów, nic nie zapowiada zmiany planów. Tym bardziej, że wszystko, co najlepsze, czyli kaski, liny i uprzęże jeszcze przede mną :-).


*Narodowość podana nie tylko dla lansu na latynoskiego kolegę. We wspinaczkowym światku, Hiszpania słynie 
z dużej ilości znakomitych wspinaczkowych tras, jednych z najsłynniejszych w Europie.






13 października 2014

Fot. http://running.competitor.com
Uwaga!
Tekst może zawierać śladowe ilości faworyzowania treningu biegowego w przykładach i odniesieniach. Jest to spowodowane tylko i wyłącznie moją najlepszą znajomością tego podwórka w zestawieniu z innymi sportami, które uprawiam rzadziej.
Koniec. Teraz można juz mniej uważnie.

Scenariusz A: Ćwiczysz, trenujesz, wylewasz z siebie siódme poty. Nagle, zupełnie znienacka, przychodzi taki dzień, gdy nie stawiasz się na biegowej ścieżce, nie włączasz licznika na rowerze albo szerokim łukiem omijasz treningową salę.
Scenariusz B: Nie ćwiczysz, nie trenujesz, a zapach potu znasz jedynie z niezmienianej od kilku dni koszuli kolegi
z pracy. I zastanawiasz się, dlaczego, bo przecież tak bardzo chcesz "coś ze sobą zrobić".

Niezależnie od tego, który scenariusz bardziej do ciebie pasuje, ścierasz się właśnie ze swoim treningowym wrogiem. Według mojej subiektywnej listy, jednym z kilku, a nawet - kilkoma naraz.

1. LENISTWO
Wróg największy. Podstępna małpa, karmiąca się najbardziej egzotycznymi wymówkami. Zmęczenie, brak czasu, niewłaściwa faza księżyca albo dziura w dresie to tylko nieliczne z długiej listy dostępnych pozycji. Jako pozornie bezbronne istoty z wrodzoną skłonnością do samopobłażania, jesteśmy podatni na jej argumenty.
A brzydka prawda jest taka, że lenistwo sprytnie nami manipuluje, nic więcej. 
Sposób na wroga: Prawda jeszcze brzydsza, która  brzmi: żeby coś robić, trzeba to po prostu ROBIĆ.
Zacząć i trwać. Hartować silną wolę i szlifować konsekwencję, po drodze obcierając nogi i zlizując z warg krople słonego potu. Padłeś, powstań. I tak bez przerwy. W skrócie: robić swoje. Tylko tyle i aż tyle.

2. NIEWŁAŚCIWA MOTYWACJA
Wróg-widmo, pojawia się i znika. Ilu ludzi trenujących cokolwiek, tyle motywacji. Z doświadczenia wiem, że zmotywować może wszystko, od chęci bycia królową jednego konkretnego wieczoru w kiecce dwa rozmiary mniejszej po udowodnienie sobie, że można pokonać własne słabości. Problem z motywacją polega na tym, że potrafi wyparować tak szybko, jak się pojawiła.
Sposób na wroga: Najlepszy jest własny system motywacyjny, sprawdzony metodą prób i błędów. Wtedy to, co zaraz przeczytasz, nie będzie pachniało na kilometr jakimś spoconym wyświechtanym frazesem. Jeśli jednak
z jakiegoś powodu nie chcesz testować na sobie, tylko przejąć gotowca, polecam motywację niezwiązaną z innymi osobami i otoczeniem w ogóle, tylko ze sobą. Pokazywanie i udowodnianie SOBIE, walkę ze SOBĄ, robienie dla SIEBIE. Jest duża szansa, że taka motywacja nie zniknie wraz z datą imprezy, na której chcemy błyszczeć (ale która dobiegnie przecież kiedyś końca) i zostanie z nami na dłużej.

3. WSTYD
Wróg, z którym częściej niż pozostali mierzą się osoby opisane w scenariuszu B, tzn. nie mające jeszcze treningowej historii. Przed wyjściem na biegi lub na siłownię powstrzymuje cię widok czerwonego sapiącego ciebie, przyjmującego właśnie minę numer 20 z repertuaru tych z rozdziawionymi ustami i zmrużonymi oczami? Cóż. Wstydzić to się może dziecko wśród obcych dorosłych lub nastolatka przed pierwszą wizytą u ginekologa. Wstyd przed walką ze swoim ciałem i własnymi słabościami powinien być prawnie zakazany. Wszystkich trenujących - zawodowców i amatorów - łączy jedno: każdy zrobił kiedyś pierwszy biegowy krok, podjechał na rowerze pod pierwszą górę lub podniósł pierwszy, "śmiesznej" masy, ciężarek. Każdy kiedyś zaczynał, z całą czerwonością i zadyszką treningowego inwentarza. Nie ma się czego wstydzić.
Sposób na wroga: Zrobić porządek w swojej głowie. Czasami wystarczy zwykłe puknięcie w nią.

4. RUTYNA
Ta z kolei czyha na tych już zaprawionych w treningowych bojach, a więc scharakteryzowanych w scenariuszu A. Gdy na temat swoich treningów wiemy juz dużo i wykonujemy je z konsekwencją godną podziwu, często zdarza nam się wpaść w pułapkę pewnej szablonowości. W zależności od rodzaju uprawianego sportu i jego "otoczenia", mogą to być: identyczna lub mocno zbliżona do ostatniej trasa biegowa, niezmienna pora treningu, ten sam potreningowy posiłek lub zapętlona muzyka w słuchawkach. Są oczywiście osoby, dla których przestrzeganie utartych treningowych schematów to świętość i dobrze odnajdują się w towarzystwie rutyny albo przynajmiej tak im się wydaje. Dopóki szablonowość w treningach nie jest czymś, co przeszkadza, a wręcz przeciwnie - sprawia frajdę i daje motywacyjnego kopniaka, należy się tylko cieszyć. Jeśli jednak nieokreślone "coś" zaczyna odbierać nam treningową wenę, warto zastanowić się, czy nie za bardzo popadliśmy w pułapkę niezmienności.
Sposób na wroga: Zmienić to, co nie jest substancją naszych treningów, a jednocześnie doda im świeżości. 
W przeciewieństwie do mnie biegasz z muzyką? Dla odmiany spróbuj przebiec się jedynie w towarzystwie swojego oddechu. Ulubioną trasę przebiegnij w odwrotnym kierunku. Kup sobie nowy biegowy ciuch, w kolorze, jakiego nie masz jeszcze w szafie.

5. PORÓWNYWANIE SIĘ DO INNYCH
Wrogiem nie jest samo patrzenie na innych i traktowanie ich jako źródła motywacji. Problem zaczyna się
w momencie, gdy potreningowe spojrzenie w Endomondo zabiera część endorfinowego haju, bo ktoś miał dzisiaj lepszą średnią prędkość od nas. 
Sposób na wroga: Zamiast do innych, porównywać się do siebie z wczoraj. Pomijając ekstremalne przypadki mega niedyspozycji, takie odniesienie zawsze będzie budujące i wyjdzie nam na dobre.

A GDZIE JEST KONTUZJA?
Nie na powyższej liście i nie bez powodu. Po ustaleniu mentalnych za i przeciw, stwierdziłam , że - paradoksalnie - kontuzja nie jest wrogiem treningu. Z doświadczenia wiem, że potrafi skutecznie pokrzyżować treningowe plany na krócej lub dłużej, a w ekstremalnym przypadku - doprowadzić nawet do konieczności zmiany ulubionego sportu. Mimo to, kontuzja nie jest wrogiem. Czasami, gdy nasz organizm po prostu krzyczy "dość", może wręcz okazać się sprzymierzeńcem, bo to właśnie ona jako pierwsza sygnalizuje często o jakimś poważniejszym problemie.

Na koniec powieje mafią.

Fot. screen http://demotywatory.pl/
Teraz, gdy ci treningowi nie mają już dla nas tajemnic, nie pozostaje nic innego, jak zwalczać jesienną depresję endorfinowym koktajlem ze świeżego wycisku.


10 października 2014


Stało się. Przestajesz jeść mięso. Bo zwierzęta są ubijane, bo dotykanie surowego cię obrzydza, bo znajoma przestała i ma lepszą cerę, bo masz naście lat i buntujesz się przeciwko wszystkiemu, z dzisiejszym obiadem na talerzu włącznie... Bezmięsne "bo" jest studnią bez dna. Meet no meat, witaj w klubie.

Za moim - wciąż świeżym - wyborem nie stoi żadna głębsza filozofia, więc nie będzie o krajaniu się serca na widok krojonej szynki i przeszywającej wtedy jak nóż myśli o tym, jak umierał indyk. Ze skórzanych butów, torebek i rękawiczek nie zrezygnuję, więc hipokryzję obłożę w okładkę i zostawię w osiedlowej bibliotece. Niech skorzystają z niej inni. Ja chcę jedynie o tym, że bez mięsa da się żyć. Tak po prostu i zwyczajnie, jak można żyć 
z Samsungiem Galaxy zamiast Iphone'a, choć oczywiście znajdą się tacy, którzy nie nazwą tego życiem, tylko wegetacją. 

Bezmięsne życie testowałam przez kilka miesięcy jako nastolatka, ale w sposób niepoparty niczym zdrowym, 
a z pewnością nie zdrowym roządkiem. Będąc w tym czasie uzależnioną od maminej kuchni, zawierającej pewne (nie przesadnie duże, ale jednak) ilości mięsa, po prostu zostawiałam niewygodne dla siebie partie na talerzu, ewentualnie wyrzucałam do śmietnika, przez okno lub spuszczałam w wc, niech będzie to moją publiczną spowiedzią po latach. Proceder został pewnego dnia przerwany i rodzicielską prośbą lub groźbą podyktowaną troską o moje zdrowie musiałam z powrotem przeprosić się z mięsem. Dodam, że moje obecne kulinarne pasje znajdowały się jeszcze wtedy w fazie głębokiego uśpienia, dlatego opcja pełnowartościowych wegetariańskich posiłków hand-made nie była nawet rozważana. 

Aktualnie wiem, że mięso można jeść z własnego wyboru na tyle rzadko, że pewnego dnia po prostu się budzisz 
i wiesz, że kolejny kęs się nie zadzieje, bo nie ma najmniejszego sensu i na samą myśl o tym uśmiechasz się do sufitu. No bo gdzie logika w tym, że nie brakuje ci mięsnego smaku, że nie od dzisiaj robisz dużo, żeby być najogólniej mówiąc "zdrowym" człowiekiem (w zakresie swojego wpływu, oczywiście), a mimo to pałaszujesz schabowego/wołowinę po tajsku/cokolwiek? Ja sens przestałam znajdować, więc zamiast niego 
(i w przeciewieństwie do czasów swojej nastoletniej fanaberii) szukam teraz zamienników, które wykarmią mnie żelazem i białkiem.

Szczęśliwie dla niemięsożernych z epoki tu i teraz mamy internety, w których w kilka kliknięć da się znaleźć ciekawe przewodniki po wegetariańskim świecie. Po wstępie w postaci garści teorii (kilka, jesli nie kilkanaście odmian wegetarianizmu, z frutarianizmem jako chyba najbardziej restrykcyjną formą żywienia), przeprowadzą nas przez wszystko w bezmięsnej diecie, od A jak aminokwasy zaczynając, na Ż jak wspomniane żelazo kończąc. Do tego dorzucą jeszcze w gratisie fantastyczne przepisy. To ogromne ułatwienie i oszczędność czasu, który jest szczególnie cenny, gdy kulinarzy się równolegle w wersji vege dla siebie i prawie wyłącznie full meat dla męskiego mięsożercy. 

Istnieje jeszcze pewien rodzinny aspekt bezmięsnego stylu życia, który może być istotny dla osób liczących się 
z rodzinną opinią społeczną (wbrew pozorom, znam trochę takich osób). Drogie Ciocie i Babcie, to fragment 
o Was. Wybierając życie pozbawione mięsa musimy dopuszczać ewentualność, że pozbawiamy się przy okazji przychylnego patrzenia na nas konserwatywnych członków rodziny (zazwyczaj seniorów rodu), którzy tonem nie znoszącym sprzeciwu stwierdzą, że mięso na talerzu być musi. My oczywiście wiemy, że mięcho to MUSI być 
w prezentacji przetargowej, a w diecie ewentualnie MOŻESZ spoglądać na nie łaskawym okiem, jeśli masz ochotę. A tej ewidentnie nie masz. W zależności od podatności wspomnianych konserwatystów na siłę racjonalnych argumentów, sukces na polu przekonania ich do "zaakceptowania" naszego stylu życia jest mniej lub bardziej realny. Jeśli ci się uda, cicha uśmiechnięta satysfakcja gwarantowana. Jeśli nie - trudno. Nie żyjesz przecież dla innych, nieważne jak nie byłbyś z nimi  zżyty, tylko dla siebie i swoich wyborów, żywieniowych rownież.

Jeśli zupełnemu wykluczeniu z diety mięsa towarzyszyć będą jakieś warte uwagi efekty uboczne, nie omieszkam ubrać ich we wpis.

Aha, ryby i owoce morza nadal pozostają w moich łaskach, więc śmiało możecie je przygotowywać, zapraszając mnie na kolację.

P.S.
Przykładowe składniki do prymitywnego bezmięsnego dania "od niechcenia" pt. gulasz warzywny z komosą ryżową wyglądają tak:






 
© 2012. Design by Main-Blogger - Blogger Template and Blogging Stuff